
W niemal stuletniej historii nagrody Akademii zaledwie siedem osób odebrało co najmniej trzy aktorskie Oscary. Kto znalazł się w tym elitarnym gronie?
Aktorskie Oscary przyznawane są od niemal stu lat i w tym czasie statuetki trafiły w ręce setek artystów. Większość z nich na półce trzyma jedną nagrodę – i już to wystarcza, żeby zapisać się w pamięci branży na pokolenia. Są jednak osoby, które Akademia wyróżniała dwukrotnie, trzykrotnie, a w jednym przypadku nawet czterokrotnie. To właśnie ta najwęższa grupa tworzy ranking, o którym mowa w dalszej części tekstu.
Na samym szczycie stoi Katharine Hepburn z czterema Oscarami za najlepszą aktorkę pierwszoplanową. Tuż za nią plasuje się sześcioro artystów, z których każdy zgromadził trzy statuetki: Daniel Day-Lewis, Jack Nicholson, Walter Brennan, Ingrid Bergman, Meryl Streep i Frances McDormand. To grono, które od lat pozostaje zamknięte – ostatnie dołączenie miało miejsce w 2021 roku i od tamtej pory nikt nowy nie przekroczył progu trzech statuetek. Sama liczba siedmiu osób z co najmniej trzema nagrodami w ciągu niemal stu lat ceremonii mówi sporo o tym, jak trudno dołączyć do tego towarzystwa.
Nieco niżej na liście – choć wcale nie niżej pod względem prestiżu, znajduje się trzydziestu ośmiu dwukrotnych laureatów. Pojawiają się wśród nich Tom Hanks, Dustin Hoffman, Sean Penn, Anthony Hopkins czy Denzel Washington. Skok z dwóch statuetek do trzech to już zupełnie inna liga – na jej osiągnięcie potrzeba nie tylko talentu, lecz także wieloletniej kariery pełnej ról, które konsekwentnie trafiają w gust oscarowych wyborców.
Co ciekawe, samo powtarzanie nominacji wcale nie gwarantuje zwycięstwa. Spencer Tracy i Laurence Olivier otrzymali po dziewięć wskazań w kategorii najlepszego aktora pierwszoplanowego, ale każdy z nich wygrał zaledwie dwukrotnie. Być nominowanym to jedno, wygrywać – zupełnie co innego.
Warto przy tym pamiętać o proporcjach. Walt Disney zgromadził dwadzieścia sześć Oscarów, ale jako producent i animator, nie jako aktor. Filmy Ben Hur, Titanic i Władca Pierścieni: Powrót Króla zdobyły po jedenaście nagród, tyle że w kategoriach obejmujących reżyserię, muzykę, scenografię i efekty specjalne. Na tym tle aktorskie rekordy wyglądają skromniej, bo i reguły gry są inne – tu liczy się jedna osoba, jedna rola i jeden werdykt.
Katharine Hepburn (1907-2003) to postać, która nie mieści się w żadnym standardowym opisie hollywoodzkiej gwiazdy. Przez ponad sześćdziesiąt lat kariery zdążyła zirytować wytwórnie, zafascynować krytyków i ostatecznie rozstrzygnąć, kto ma najwięcej Oscarów za aktorstwo – cztery statuetki to wynik, którego nikt nie pobił. Wszystkie Oscary Katharine Hepburn przypadły w kategorii najlepszej aktorki pierwszoplanowej, a do tego dochodzi jeszcze dwanaście nominacji, co samo w sobie plasuje ją w ścisłej czołówce.
Pierwszego Oscara zdobyła za Poranną chwałę z 1933 roku – to historia ambitnej aktorki próbującej przebić się na Broadwayu. Hepburn miała wtedy dwadzieścia sześć lat i dopiero budowała swoją pozycję w Hollywood. Drugi Oscar przyszedł dopiero trzydzieści cztery lata później, za Zgadnij, kto przyjdzie na obiad z 1967 roku – film o małżeństwie międzyrasowym, w którym zagrała u boku Spencera Tracy’ego. Rok później Akademia nagrodziła ją po raz trzeci za Lwa zimy, w którym wcieliła się w Eleonorę Akwitańską. Ta kreacja uchodzi za jedną z najwyżej cenionych ról kostiumowych w dziejach kina. Czwarty Oscar trafił do niej za Na złotym stawie z 1981 roku – kameralny portret dojrzałej kobiety mierzącej się z przemijaniem i napięciami w rodzinie.
Trzydzieści cztery lata między pierwszą a drugą nagrodą i zaledwie czternaście między drugą a czwartą – ta rozpiętość dobrze ilustruje charakter jej kariery. Hepburn nie pasowała do systemu gwiazdorskiego Hollywood – stroniła od czerwonych dywanów, nie dbała o kreowanie publicznego wizerunku i wielokrotnie dawała do zrozumienia, że nagrody nie stanowią dla niej priorytetu. Według dostępnych relacji nigdy osobiście nie odebrała żadnego ze swoich Oscarów, co jest chyba najlepszą puentą jej stosunku do Akademii.
Rekord czterech statuetek do dziś pozostaje niepobity. Dystans jednego Oscara wydaje się niewielki, ale w praktyce oznacza potrzebę kolejnej wybitnej roli, kolejnej nominacji i kolejnego zwycięstwa w głosowaniu kilku tysięcy członków Akademii. To bariera, której dotychczas nie udało się pokonać nikomu.
Grono aktorek z trzema Oscarami tworzą zaledwie dwie osoby – Meryl Streep i Frances McDormand. Każda z nich doszła do tego wyniku inną drogą: Streep przez niemal pięć dekad obecności na ekranie i rekordową liczbę nominacji, McDormand przez konsekwentne wybieranie ról dalekich od hollywoodzkiego glamouru. Łączy je natomiast coś, co trudno zmierzyć statystyką – zdolność do tworzenia postaci, które zostają w pamięci widzów na lata.
Meryl Streep to aktorka, której nazwisko stało się synonimem najwyższej klasy rzemiosła. Trzy Oscary na półce mogłyby wystarczyć za wizytówkę, ale to dopiero początek statystyk – bo prawdziwym rekordem Streep jest liczba nominacji. Dwadzieścia jeden wskazań Akademii to wynik, do którego nikt inny nawet się nie zbliżył. Nominacje obejmują tak szeroki rozstrzał gatunkowy, że trudno przypisać ją do jednego typu ról – od dramatów obyczajowych przez filmy kostiumowe po komedie.
Pierwsza statuetkę otrzymała za Sprawę Kramerów z 1979 roku, w kategorii najlepszej aktorki drugoplanowej. To jedyny drugoplanowy Oscar w jej kolekcji – oba kolejne zdobyła już za role pierwszoplanowe. Wybór Zofii z 1982 roku przyniósł jej drugą nagrodę i jedną z najbardziej rozpoznawalnych dramatycznych kreacji w dziejach kina. Rola polskiej emigrantki uwięzionej we wspomnieniach wojennej traumy wymagała nie tylko warsztatu, ale też opanowania polskiego akcentu, co Streep – znana z perfekcyjnego przyswajania języków – wykonała z typową dla siebie starannością.
Trzeci Oscar wygrała za Żelazną Damę z 2011 roku, gdzie wcieliła się w Margaret Thatcher. Między drugą a trzecią nagrodą minęło niemal trzydzieści lat i kilkanaście kolejnych nominacji – za Pożegnanie z Afryką, Diabeł ubiera się u Prady, Wątpliwość, Sierpień w hrabstwie Osage i wiele innych tytułów. Każda z tych ról przynosiła uznanie krytyków i wskazanie Akademii, ale nie przekładała się na statuetkę. Ten paradoks – rekordzistka nominacji, a jednocześnie trzykrotna, nie czterokrotna laureatka – dobrze oddaje specyfikę oscarowego głosowania, gdzie o zwycięstwie decyduje nie suma dokonań, lecz jeden konkretny występ w jednym konkretnym roku.
Streep i Hepburn to dwa bieguny oscarowej historii – jedna wygrywa najczęściej, druga jest najczęściej nominowana. Razem pokazują, że na szczyt tej samej góry można wejść zupełnie różnymi drogami.
Frances McDormand zbudowała karierę na rolach, w których nie ma ani grama lukru. Zamiast hollywoodzkich glamour shots – spracowane twarze, pogniecione kurtki i postacie, które mówią wprost, nawet gdy lepiej byłoby milczeć. Trzy Oscary za najlepszą aktorkę pierwszoplanową stawiają ją na równi ze Streep i tuż za Hepburn, choć trudno o bardziej odmienne aktorskie osobowości w tak wąskim gronie.
Pierwszą statuetkę przyniosło jej Fargo z 1996 roku, nakręcone przez braci Coen. Rola ciężarnej policjantki Marge Gunderson, która z prowincjonalną uprzejmością i żelazną logiką rozpracowuje brutalną sprawę kryminalną, stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych kreacji lat dziewięćdziesiątych. McDormand znalazła w tej postaci coś, co będzie potem powtarzać w kolejnych rolach – bohaterki niepozorne, ale niemożliwe do zlekceważenia.
Drugi Oscar zdobyła za Trzy billboardy za Ebbing, Missouri z 2017 roku. Kreacja matki walczącej o sprawiedliwość po śmierci córki miała w sobie gniew, który nie pozostawiał widza obojętnym. Z kolei trzecia nagroda, za Nomadland z 2020 roku, przeniosła ją w zupełnie inny rejestr – portret kobiety żyjącej jako współczesna nomadka na amerykańskich bezdrożach był cichy, kontemplacyjny i pozbawiony efektownych monologów.
McDormand wielokrotnie dawała do zrozumienia, że tradycyjne gwiazdorstwo jej nie interesuje. W wywiadach podkreślała, że woli pracę od promocji, a na galach potrafiła zaskoczyć antyglamourowym podejściem do całej otoczki show-biznesu. To aktorka, która udowodniła, że Oscary można zdobywać bez wchodzenia w rolę gwiazdy poza planem.
Wśród mężczyzn trzy Oscary za role pierwszoplanowe ma wyłącznie Daniel Day-Lewis. Jack Nicholson również zgromadził trzy statuetki, ale w innym rozkładzie – dwie za role pierwszoplanowe i jedną za drugoplanową. Łączy ich liczba nagród, dzieli praktycznie wszystko inne – podejście do zawodu, typ ekranowej obecności i sposób, w jaki budowali swoje kariery.
Daniel Day-Lewis to aktor, który z przygotowania do roli uczynił osobną dyscyplinę. Urodzony w Londynie, z podwójnym obywatelstwem brytyjsko-irlandzkim, zgromadził trzy Oscary za najlepszego aktora pierwszoplanowego i pozostaje jedynym mężczyzną z takim dorobkiem w tej kategorii.
Pierwszą statuetkę przyniósł mu film Moja lewa stopa z 1989 roku – portret Christy’ego Browna, artysty z porażeniem mózgowym, który malował i pisał wyłącznie lewą stopą. Day-Lewis przygotowywał się do tej roli miesiącami, a podczas zdjęć nie wychodził z wózka inwalidzkiego nawet między ujęciami. Ekipa musiała go karmić, bo odmówił rezygnacji z postaci choćby na chwilę – i to chyba mówi o jego metodzie więcej niż jakikolwiek opis.
Drugi Oscar przyszedł za Aż poleje się krew z 2007 roku. Bezwzględny nafciarz Daniel Plainview, napędzany chciwością i pogardą wobec otoczenia, to jedna z najintensywniejszych męskich kreacji w kinie XXI wieku. Trzecią nagrodę Akademia przyznała mu za Lincoln z 2012 roku, biograficzny obraz Abrahama Lincolna w reżyserii Stevena Spielberga. Day-Lewis zagrał szesnastego prezydenta USA z takim spokojem i powagą, że krytycy mówili o wrażeniu obcowania z prawdziwą postacią historyczną, nie z aktorem w charakteryzacji.
Po nakręceniu Nici widmo w 2017 roku aktor ogłosił przejście na emeryturę. Trzy statuetki i świadome wycofanie się z branży tworzą biografię, która bardziej przypomina zamknięty tom niż typową hollywodzką karierę. Day-Lewis zagrał w stosunkowo niewielu filmach, ale w każdym zostawił ślad, którego nie sposób pominąć.
Jack Nicholson to aktor z zupełnie innej szkoły – zamiast wycofania i ascezy, pełna ekspresja, charyzma i kilkadziesiąt lat nieprzerwanej obecności na ekranie. Trzy Oscary (dwa za role pierwszoplanowe, jeden za drugoplanową) i dwanaście nominacji czynią go najczęściej nominowanym aktorem płci męskiej w dziejach nagrody.
Pierwszą statuetkę otrzymał za Lot nad kukułczym gniazdem z 1975 roku – kultowy film o buncie przeciwko opresji instytucji. Rola Randla McMurphy’ego trafiła do popkultury tak głęboko, że trudno dziś oddzielić ją od samego Nicholsona. Drugi Oscar, tym razem za rolę drugoplanową, zdobył za Czułe słówka z 1983 roku, film, w którym zagrał sąsiada-astronautę uwikłanego w skomplikowaną relację z bohaterką Shirley MacLaine. Trzecie zwycięstwo przyniósł Lepiej być nie może z 1997 roku – komediodramat, w którym wcielił się w ekscentrycznego pisarza z zaburzeniami obsesyjno-kompulsyjnymi.
Rozpiętość tych trzech ról jest najlepszą wizytówką Nicholsona – buntownik w szpitalu psychiatrycznym, ciepły ekscentryk – neurotyczny egoista. Potrafił być groźny, zabawny i wzruszający, czasem nawet w obrębie tylko jednej sceny. Dwanaście nominacji – od Chinatown przez Parę do trójki po Lepiej być nie może – dokumentuje karierę, w której niemal co kilka lat pojawiała się rola zasługująca na wyróżnienie.
Nicholson niedawno skończył osiemdziesiąt dziewięć lat. Choć od dłuższego czasu nie pojawia się na ekranie, jego status trzykrotnego laureata i rekordzisty nominacji wśród aktorów pozostaje niezagrożony. W odróżnieniu od Day-Lewisa, który odszedł cicho i zdecydowanie, Nicholson nigdy formalnie nie ogłosił emerytury – po prostu przestał przyjmować role, a Hollywood nauczyło się cierpliwie czekać, licząc na choćby jeszcze jedną błyskotliwą kreację.
W aktorskich kategoriach drugoplanowych istnieje rekord, którego nikt nie wyrównał od ponad osiemdziesięciu lat. Należy do Waltera Brennana (1894-1974), amerykańskiego aktora kojarzonego przede wszystkim z charakterystycznymi rolami w westernach. Brennan trzykrotnie odebrał Oscara za najlepszego aktora drugoplanowego i do dziś pozostaje jedyną osobą w historii, której coś takiego się udało.
Pierwsza nagroda przypadła mu za Prawo młodości z 1936 roku, druga za Kentucky z 1938 roku, trzecia za Człowieka z Zachodu z 1940 roku. Trzy statuetki w ciągu zaledwie pięciu lat – tempo, które robi wrażenie nawet na tle dzisiejszych standardów, a w latach trzydziestych było czymś absolutnie bezprecedensowym. Co więcej, Brennan wyprzedził wszystkich – był pierwszym aktorem w ogóle, niezależnie od kategorii, który zgromadził aż trzy Oscary. Zanim ktokolwiek inny zdążył zebrać tyle nagród za role pierwszoplanowe, Brennan miał już komplet trzech statuetek.
Specjalnością Brennana były postacie o wyrazistym rysunku komediowo-dramatycznym: starsi mężczyźni, kowboje, outsiderzy z prowincji, którzy wchodzili na ekran na kilka minut i kradli sceny aktorom tytułowym. Był ulubionym aktorem Howarda Hawksa, a jego występy w westernach takich jak Rio Bravo pokazywały, że tak zwany second lead potrafi ściągać na siebie uwagę widzów równie skutecznie jak gwiazda pierwszego planu. Brennan nie grał obok bohaterów – grał na równi z nimi, tyle że w krótszym czasie ekranowym.
Współcześnie w kategorii drugoplanowej po dwa Oscary zgromadzili między innymi Mahershala Ali (za Moonlight i Green Book), Michael Caine (za Hannah i jej siostry oraz Wbrew regułom) i Anthony Quinn (za Viva Zapata! oraz Żądzę życia), ale nikt nie zbliżył się do trzeciego zwycięstwa. Rekord Brennana powstał wprawdzie w epoce, gdy Akademia liczyła znacznie mniej członków, a system głosowania wyglądał inaczej niż obecnie – ale właśnie to czyni go jeszcze bardziej intrygującym: mimo zupełnie innych warunków nikt w ciągu kolejnych dekad nie zdołał go powtórzyć.
Przez dziesięciolecia aktorzy drugoplanowi funkcjonowali trochę w cieniu – nagradzani krótszymi oklaskami, rzadziej wymieniani w nagłówkach, traktowani jako tło dla pierwszoplanowych gwiazd. Brennan udowodnił coś wbrew tej logice – że wielokrotne wygrywanie w kategorii supporting daje miejsce w ścisłej elicie oscarowej, na równi z laureatami za wiodące role. Jego trzy statuetki to nie tylko rekord, lecz także argument za tym, że wielkość aktorska nie zależy od liczby minut na ekranie.
Aktorskie Oscary to dziedzina, w której polska kinematografia wciąż czeka na przełom. Żaden aktor urodzony nad Wisłą nie zdobył dotychczas statuetki za rolę pierwszoplanową ani drugoplanową. Rodzime sukcesy na ceremonii Akademii koncentrują się wokół innych obszarów – reżyserii, scenariusza, zdjęć i najlepszego filmu międzynarodowego. Ida Pawła Pawlikowskiego z 2013 roku to jedyny obraz, który wygrał w tej ostatniej konkurencji, choć krajowe produkcje otrzymywały w niej nominacje łącznie trzynaście razy, począwszy od Noża w wodzie Romana Polańskiego w 1964 roku aż po IO Jerzego Skolimowskiego w 2023 roku. Warto dodać, że nasi operatorzy – Janusz Kamiński dwukrotnie uhonorowany za zdjęcia do filmów Spielberga – potrafili sięgać po najwyższe wyróżnienia, ale zawsze poza konkurencjami dotyczącymi gry ekranowej.
Najświeższym polskim akcentem na gali jest Maciek Szczerbowski – współtwórca krótkometrażowej animacji The Girl Who Cried Pearls, nagrodzonej Oscarem. To kolejny rozdział obecności rodzimych artystów na tej scenie, choć wciąż poza aktorskim podium. Aktor z Polski ze złotą figurką za rolę na razie pozostaje marzeniem, nie faktem.
Europa jako kontynent wypada jednak w oscarowych statystykach znacznie lepiej i ma w ścisłej czołówce solidną reprezentację. Najczęściej nagradzanym aktorem pierwszoplanowym ze Starego Kontynentu jest Daniel Day-Lewis, o którego trzech statuetkach była mowa wcześniej. Nikt inny z Europy nie zbliżył się do jego wyniku, co dodatkowo podkreśla wyjątkowość tego osiągnięcia.
Wśród dwukrotnych laureatów na uwagę zasługuje Anthony Hopkins – walijski aktor uhonorowany za Milczenie owiec w 1991 roku i Ojca w 2020 roku. Drugą nagrodę odebrał w wieku osiemdziesięciu trzech lat, co uczyniło go najstarszym zwycięzcą wśród pierwszoplanowych odtwórców męskich. Hopkins zaczynał od teatru szekspirowskiego, przeszedł przez brytyjską telewizję i trafił do Hollywood, gdzie pokazał, że klasyczne rzemiosło sceniczne doskonale sprawdza się przed kamerą. Z kolei Vivien Leigh, brytyjska aktorka o niezwykłej urodzie i dramatycznym życiorysie, dwa razy triumfowała w żeńskiej konkurencji pierwszoplanowej – za Przeminęło z wiatrem i Tramwaj zwany pożądaniem. Obie nagrody dzieli dwanaście lat, a każda z tych ról na trwałe wpisała się w historię kina.
Osobne miejsce zajmuje Ingrid Bergman ze Szwecji, jedyna Europejka obok Hepburn, Streep i McDormand, która sięgnęła po trzy złote figurki. Bergman dzieliła karierę między Hollywood a kino europejskie, zdobywając trofea w różnych dekadach i po obu stronach Atlantyku. Ta podwójna tożsamość – skandynawski temperament w amerykańskim przemyśle rozrywkowym – nadaje jej dorobkowi wymiar, którego nie ma żaden inny laureat w tym zestawieniu.
Wśród odtwórców drugoplanowych ze Starego Kontynentu wyróżnia się Christoph Waltz z Austrii, dwukrotnie nagradzany za role w filmach Quentina Tarantino – za Bękarty wojny i Django. Waltz trafił do Hollywood stosunkowo późno, po latach pracy w niemieckojęzycznym kinie i telewizji, a mimo to niemal natychmiast zwrócił na siebie uwagę Akademii. Jego przypadek dobrze pokazuje, że bariera językowa i kulturowa nie musi być przeszkodą, jeśli za aktorem stoi odpowiednio silny warsztat.
Ogólny obraz jest czytelny – wśród oscarowych rekordzistów mocno reprezentowane są Wyspy Brytyjskie i Skandynawia, a w konkurencjach drugoplanowych coraz wyraźniej dochodzą do głosu twórcy z Europy kontynentalnej. Anglojęzyczni artyści mają naturalną przewagę wynikającą z tego, że członkowie Akademii to w większości profesjonaliści pracujący w przemyśle anglojęzycznym. Mimo to obecność Europejczyków w najwyższych rejestrach oscarowej tabeli jest stała. Laureaci ze Starego Kontynentu często wnoszą do swoich ról wrażliwość ukształtowaną przez inne tradycje teatralne i filmowe – od szkoły szekspirowskiej, przez skandynawski minimalizm, po środkowoeuropejską intensywność. Akademia regularnie nagradza ten rodzaj aktorstwa, co sugeruje, że oscarowa czołówka nie jest tak jednorodna, jak mogłyby wskazywać same liczby.
Rekordzistą pod względem łącznej liczby Oscarów we wszystkich kategoriach jest Walt Disney, który zgromadził dwadzieścia sześć statuetek
Akademia dopuszcza przyznanie Oscara pośmiertnie – zdarzyło się to między innymi w przypadku Petera Fincha i Heatha Ledgera
Rekordzistami pod względem nominacji bez wygranej są Peter O’Toole i Glenn Close – każde z nich otrzymało osiem wskazań Akademii i ani jednej statuetki